KUCHNIA TAJSKA

     Nie wiem, czy wiecie ale nie lubię gotować. Najgorsze jest dla mnie wymyślanie, co zrobić na obiad. Mam trochę sprawdzonych przepisów ale jeśli jem je zbyt często, zaczynają mnie nudzić. Tej wiosny miałam wrażenie, że nie ugotuję już nic więcej, bo kompletnie nie miałam pomysłów. Dlatego kupiłam nową książkę kucharską, poświęconą kuchni tajskiej.

     Nie znam się zupełnie na tajskiej kuchni, nie znam tych smaków. Ale bardzo chciałam spróbować czegoś nowego. Mieć z góry zaplanowany pomysł na każdy obiad. Dlatego postanowiłam gotować przepis po przepisie.

    Ten wpis to nie jest recenzja książki, to moja przygoda z kuchnią tajską na którą zabieram Was ze sobą: 

https://sklep.mrspolka-dot.com/environment/cache/images/productGfx_1016_750_750/kuchnia-tajska-ksiazka.webp

     Zaczęłam od sporządzenia listy wszystkich dziwności, które muszę kupić. Na szczęście praktycznie wszystko można dostać w Carrefourze, na dziale z kuchniami świata.   


    Założyłam też mini ogródek parapetowy, żeby mieć dostęp do świeżych ziół:

    Od razu przyznam się do oszustwa. To po prawej to nie jest kolendra. To pietruszka. Jest zielona jak kolendra ale w przeciwieństwie do niej, jest też jadalna:

  
    Zapraszam na wycieczkę! Tym razem do kuchni:

    Smażony ryż:


    Niby ryż a tak naprawdę jajecznica, tylko z taką ilością dodatków, że nie widać jajek. Trochę trzeba się nakroić ale bez przesady. Połączenie sosu sojowego, ostrygowego i rybnego nadaje potrawie aromat Bałtyku podczas zakwitu. Ogólnie całość smakuje jak takie chińskie danie z kubeczka. W porządku ale bez szału. 

    Kurczak z nerkowcami: 


    Sporo krojenia ale samego kurczaka robi się w miarę szybko. Sos słodko-kwaśny powstaje z połączenia kilku składników ale smakuje jak ten ze słoika. Ogólnie bardzo kojarzy mi się z kuchnią studencką. Tylko wtedy nie wiedziałam co to są nerkowce. Ogólnie dobre danie do wypełnienia brzuszka, gdy brakuje czasu i fantazji na gotowanie.

    Phad Kra Pao: 



    Jest to potrawa z mielonej, przyprawionej wołowiny z dodatkiem chili i ziół. Podaje się ją z ryżem i jajkiem sadzonym. (za jajka odpowiada Marcin, bo tylko on potrafi zrobić takie idealnie  okrągłe, z miękkim żółteczkiem położonym pośrodku). Do całości dołożyłam jeszcze warzywa, bo obiad bez warzyw to nie obiad (no chyba że knedle z owocami). Wołowina ma ciekawy smak, który ciężko porównać do czegoś z polskiej kuchni. Marcin mówi, że smakowała jak tabletki na gardło i że odbijała mu się całą noc. Z mojego śledztwa wynika, że musiał nieświadomie zjeść całą anyżową gwiazdkę, którą dodaje się do sosu. Biedaczek. Ogólnie danie dobre, tylko nie należy połykać tej gwiazdki. 

    Klopsiki w sosie kokosowym 



 
     Klopsiki są w smaku ziołowo imbirowe, natomiast sos zawdzięcza swój smak czerwonej paście curry. Gdybyśmy jednak usunęli te dwa składniki: imbir i curry powstałyby po prostu pulpeciki w sosie pomidorowym. Myślę, że jest to bardzo fajne połączenie, bo z jednej strony mamy smaki i faktury, które znamy a z drugiej nutę egzotyki. Klopsiki wypełniają i cieszą brzuszek. Dołożyłam do nich fasolkę szparagową w panko, bo brakowało mi warzyw w tym daniu. 
     W ogóle wiedzieliście, że mleko kokosowe w puszce może nawet w połowie składać się z dodanej wody? To w kartoniku to czyste mleko. 

    Phad Thai:


 

    Robiąc to danie zdecydowałam się jeszcze ugotować jako dodatek garnek kapusty "po azjatycku", czyli młodą kapustę z marchewką, chili, sosem sojowym, rybnym i ostrygowym. Główne danie znowu wydawało mi się jakieś takie ubogie w warzywa. 

    Moje odkrycie (dzięki mamie) to taki mały rozdrabniacz za 20zł (na USB), którym można posiekać cebulę w trzy sekundy. Rozdrabniam w nim orzechy, czosnek, zioła, imbir, marchewkę... Co prawda, taki rozdrabniacz to dodatkowa rzecz do mycia, ale jako że nie cierpię siekać cebuli, jest to poświęcenie na które jestem gotowa. 



    Muszę przyznać, że taka azjatycka kapusta jest bardzo spoko. Natomiast jeśli chodzi o danie główne, to już dawno nie udało mi się stworzyć czegoś równie bezsmakowego. Nigdy nie jadłam Phad Thaja i nie wiem jak powinien smakować, ale na pewno nie tak. Jedyne rozwiązanie, to wyprawa do tajskiej knajpki i spróbowanie oryginału. 

    Pijane kluchy: 


    Pijane kluchy to gruby makaron ryżowy podawany z kurczakiem i  kapustą Pak Choi. Ja kupiłam dwie dorodne kapuchy, które dały sporo soków, całość więc przypominała bardziej zupę niż danie. Smak najbardziej kojarzy mi się z zupą z młodej kapusty, którą moja mama nazywa zupa-śmietnik. Mama zamiast papryki dodaje koncentrat pomidorowy, zamiast kluch ziemniaki i nie daje kurczaka. No ale oba dania mają dużo kapusty, co jest wystarczającym powodem, żeby je zjeść. Chociaż polska wersja pasuje mi trochę bardziej...

 Glass noodle salad:

     Zrobiłam moje pierwsze w życiu krewetki. Nie przepadam za nimi i do tej pory ich nie przyrządzałam. Na szczęście Tyna wytłumaczyła mi jak usmażyć je w rozgrzanym tłuszczu z czosnkiem i masełkiem. Wyszły nawet spoko. 

    Wiecie, że w Ikei mają takie fajne zamykane miski? To zestaw 1L+2L+3L. Największa miska najlepiej sprawdza się do sałatek, w najmniejszej zwykle przyrządzam pasty do chleba a w średniej marynuję mięso. Pokrywki mają zatrzaski i uszczelki. 



    Ale wróćmy do głównego dania. Sałatka to połączenie krewetek, cienkiego makaronu i soczystych oraz chrupiących warzyw. W smaku przebijają się głównie orzeszki ziemne i limonka. Nie są to moje ulubione nuty smakowe, no i trzeba się sporo nakroić. Nie sądzę, żebym kiedyś wróciła do tego przepisu ale przynajmniej umiem już robić krewetki. 

    Naam Tok:


 Kolejna sałatka, tym razem z wołowiną stekową i posypką z prażonego ryżu. Wołowinę marynuje się w mieszance sosów z pieprzem i cukrem. Wychodzi pyszniutka. Natomiast prażony ryż jest totalnie bez szału, takie twarde grudki bez smaku. Wyrzuciłam go po pierwszym użyciu. Wołowinę łączy się z dość standardowymi warzywami, ogórkiem, cebulą, pomidorkami i chili. Sama wołowina jest aromatyczna, lekko pikantna i tak bardzo kojarzyła mi się z pieczonymi ziemniaczkami, że następnego dnia do sałatki dorobiłam frytki. Udane danie.

    Sałatka z chrupiącego ryżu: 




    Do tej sałatki dzień wcześniej zapieka się w piekarniku ryż w sosie sojowym i przyprawach. Taki upieczony ryż kojarzy mi się trochę z czipsami. Można go zjadać jako przekąskę. Do sałatki trzeba też wcześniej zamarynować cebulę. Główny dodatek stanowi pomelo, ale nigdzie w mieście nie udało mi się go znaleźć. Dodałam więc grapefruita. O dziwo te wszystkie elementy połączyły się w zjadliwą całość, ale obawiam się, że mam zbyt mało wyrobione podniebienie, żeby docenić powstały smak. 

    Spicy papaya salad:

  


    Wbrew nazwie głównym składnikiem jest tu kalarepa. Łączy się ją z chili i sosem na bazie mango. Wychodzi mocno pikantna, kwaśna sałatka. Niestety nie odnalazłam się w tym smaku...

    Chrupiąca surówka z sosem orzechowym:


 

    Muszę przyznać, że moje nadgarstki nie podołały pokrojeniu wszystkich składników. Całą surówkę pokroił Marcin, ja zrobiłam tylko sos. Jak wskazuje nazwa, surówka była bardzo chrupiąca a główny smak nadawało słodkie mango.  Całość była w porządku, ale nie sądzę żebym jeszcze kiedyś ją zrobiła..

    Surówka z brokułu z edamame, kapustą i sezamem: 




    Kolejny chrupak z kapusty ale tym razem z dominacją słonego smaku. Nasiona soi wyglądają i smakują jak mały bób, więc zostały ochrzczone przez nas bobkami. Smak w porządku, ale nie na tyle żeby chciało mi się znowu kroić to wszystko...

    Sałatka Larb: 



    To bardzo specyficzna sałatka, bo składa się z mielonego mięsa, cebuli i ziół. Mięsko wychodzi całkiem aromatyczne, zjedliśmy je z ryżem i warzywami. Spoko przepis jak chce się zjeść coś szybkiego ale nie wiem, czy na tyle wyrazisty żeby chciało się do niego wracać.

    Sałatka z mango: 


    Lekko pikantna, słodka sałatka z mango. W sumie niewiele różni się od tej z kapustą. Głównie brakiem kapusty. Muszę przyznać, że bardzo na nią czekałam, bo... był to ostatni przepis w rozdziale z sałatkami. Jakoś nie urzekły mnie te smaki. Chociaż sałatki i surówki są bardzo fotogeniczne, to nie dałabym rady kolejny raz pokroić marchewki na plasterki obieraczką do warzyw... Przyzwyczaiłam się już trochę do smaku limonki i orzeszków ziemnych oraz specyficznych połączeń, jednak to nie mój świat.  

    Tom Yum:


 

  Pierwsza w życiu tajska zupa. W smaku ciężka do porównania do czegokolwiek. Pikantna, o cytrynowo kokosowym aromacie nadanym przez liście kafiru. Egzotyczna, ale przemawia do polskiego brzuszka. Gotowane krewetki zupełnie mi nie podeszły, wymieniłam się z Marcinem na mięsko. 

  Tom Kha Gai:



     Bardziej kremowa, łagodniejsza, bardziej kwaśna wersja poprzedniej zupy. Bez krewetek. W smaku najbardziej przypominała mi... zupę ogórkową. Tylko z mięskiem. 

    Zupa Curry z kurczakiem i makaronem:



    Lekko orientalna, intensywnie paprykowa zupa. W smaku najbardziej przypomina zupę z pieczonej papryki, tylko dodatki są inne. Jeśli ktoś lubi to polecam, ja kiedyś się rozchorowałam po zjedzeniu pieczonej papryki i teraz podchodzę do niej ostrożnie. Początkowo jedliśmy zupę z makaronem ryżowym, który potem zmieniłam na pszenny. Czy tylko mi się wydaje, że makaron ryżowy podczas gotowania strasznie śmierdzi? 

 Zielone Curry:


 


     Muszę się przyznać, że zepsułam to curry. Mój europejski mózg uznał, że jak coś jest zielone, to musi być łagodne. To chyba oczywiste, nie? Dlatego, jak przeczytałam że trzeba dodać 2-3 łyżki pasty, dodałam cały woreczek, żeby nie zostawiać końcówki w opakowaniu. Curry było totalnie niezjadliwe, same opary znad garnka szczypały bardziej niż polska cebula. Musiałam odcedzić wszystkie stałe składniki, wylać bulion i zamiast niego wlać mleko kokosowe. Wtedy dało się zjeść. Tylko trzeba było jeść szybko, zanim do mózgu dotrze, co się ma w buzi... Jak to podsumowała moja koleżanka: wasabi też jest zielone! 

    Panang Curry:





   Ciekawe curry z dużą ilością doznań smakowych. Lekko orzechowe, trochę ostre, cytrusowe, rześkie i kremowe. Nie jestem do końca pewna czy mi smakowało. Działo się tam dużo, chociaż nie do końca były to moje smaki. 

 Massaman Curry:


 


    Do tego curry nie udało mi się kupić pasty z tamaryndowca. Zastąpiłam ją więc sokiem z limonki. Wiele razy robiłam już podobne pomidorowe curry, tylko nie używałam gotowej pasty. Tutaj w przepisie ziemniaki trzeba było ugotować razem z pomidorami i wyszły trochę gumiaste.  Curry wyszło pikantne i intensywne ale trochę ubogie w składniki. Dorzuciłam więc fasolkę szparagową. Jako dodatek upiekłam focaccię.  Wiem, to nie ten sam krąg kulinarny ale dobre pieczywko, to dobre pieczywko. 

    Spring rolls:


 

    Mięsno-warzywne przekąski. Dobrze smakują z dużą ilością sosu sojowego. Papier ryżowy trochę gumiasty w smaku ale trzyma wszystko w formie. Fajnie pochrupać.

    Sataye z kurczaka:




    Kolejna mięsna przekąska, którą zjedliśmy w formie obiadu z ziemniaczkami i fasolką szparagową. Trochę uciążliwe w smażeniu te kurczaczki z powodu bardzo gęstej marynaty, która przywiera do patelni. W smaku lekko pikantne i orzechowe. W porządku.

    Mango sticky rice: 


 
    Ten deser jest egzotyczną wersją polskiego ryżu na mleku z jabłkami i cynamonem. Jeśli ktoś lubi, jego brzuszek będzie bardzo zadowolony z wersji z mago i mlekiem kokosowym. Słodki i zapychający. Idealny na jesień. 
 
    Pozostały mi jeszcze dwa przepisy z książki. Pierwszy to lody kokosowe. Nie mam ich jak zrobić, gdyż cały mój mikro zamrażalnik wypełniony jest prawie dwoma kilogramami jeżyn i malin zebranymi na spacerach. Ostatni przepis to mrożona herbata, na którą jest już trochę za zimno. Jeśli zrobię te przepisy później, to je tutaj dopiszę.
 
    Czas na podsumowanie:
 
- Limonka, orzeszki ziemne czy krewetki to dalej nie mój smak, ale można się przyzwyczaić.
- W te lato zjadłam bardzo dużo fasolki szparagowej, ogólnie wszystko z fasolką smakuje lepiej.
- Przepisy w książce często zajmowały sporo czasu, ale nie wymagały żadnych magicznych umiejętności kulinarnych ani fantazyjnych składników.  
- Muszę spróbować oryginalnej tajskiej kuchni, żeby mieć lepszy punkt odniesienia. 
- Jest kilka potraw, do których chciałabym wrócić. Nie wszystko mi smakowało, ale to nie kwestia przepisów, tylko moich upodobań.
- Jestem człowiek-ziemniaczek ale fajnie czasem zjeść coś innego. 
    Mam nadzieję, że to nie była ostatnia kulinarna przygoda :)
 
 

Komentarze

  1. Wow! Nie wiem czemu, ale mocno się śmiałam przy Twoich poczynaniach kuchennych. W sumie to fajna inicjatywa, kupić książkę jakiejś konkretnej kuchni i jechać, choćby nie wiadomo co. Nie wiem czy ja bym się na to odważyła. Mam w domu mnóstwo książek kucharskich, część z nich nigdy nie użyta nawet, jak zrobię 2-3 przepisy z jednej książki to już to jest osiągnięcie. Podsumowując, podziwiam Cię :) (Pimposhka)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz